Rodzinne progi

Cały ten dzień i całą noc, kiedy ją i Lesika aresztowano, Olga spędziła w przeczuciu nieszczęścia.

Poprzedniej nocy, gdy za ścianą chaty szalała wichura, ciskała o szybę garściami suchego śniegu, i gdzieś w pobliżu zawodziły wilki, do chutoru przyszedł Iwan, a wraz z nim jeszcze trzech partyzantów.

Olga nie widziała się z mężem już ponad miesiąc, więc urado­wana pobiegła do sieni, by nabrać czegoś z kadki, nakarmić gości. Lecz Iwan powiedział, że bardzo im spieszno, mają coś pilnego do zrobienia, i jeśli wszystko ułoży się dobrze, w najbliższych dniach wpadnie.

Partyzanci przekąsili słoniną z cebulą i ziemniakami - chleba nie było - zapalili, zaczęli się zbierać do drogi. Iwan ściągnął na-pęczniałe buty, które odsłużyły już swoje - podeszwa na prawym bucie przewiązana była sznurkiem, a lewy też ledwo się trzymał - założył stare, połatane ale ciepłe walonki i poszedł do bokówki, gdzie w kołysce przy piecu spał Lesik. Popatrzywszy na syna cmoknął go, po czym objął i mocno pocałował Olgę, przygnębio­ną, milczącą.

Chciała ich odprowadzić, lecz Iwan nie pozwolił jej opuścić pod­wórza. Śniegu nawiało powyżej płotu, nawet w odkopanej wie­czorem ścieżce do wrót za chlewem było już po kolana.

Śnieżyca wciąż nie ustępowała. Olga stała przy wrotach i tęsk­nie wpatrywała się w gęstą jak kisiel szarą mgłę, która pochłonęła Iwana.

Po obiedzie z sąsiedniego chutoru przybiegła Adola i cichutko, niemal szeptem, jak gdyby ktoś mógł je podsłuchać, opowiedziała, że w nocy ktoś na kolei wysadził niemiecki transport z czołgami i działami. . . Wczesnym rankiem do sąsiedniej wsi Czubowki zje­chało mnóstwo Niemców i policajów. Czego szukają, jakie mają zamiary, nikt nie wie. Żeby się jakieś nieszczęście nie przytrafiło!

Adola ponarzekała, pobiadoliła, i śmiesznie przebierając noga­mi po śniegu, poszła wprost do swej chaty. Olga stała przy oknie, blada, z zagryzionymi do krwi wargami. Wiadomość o wysadzo­nym pociągu ucieszyła ją, lecz zbyt dobrze wiedziała, kto w nocy przyłożył do tego ręki. Nie na żarty zatrwożyło ją to, co opowie­działa Adola o Niemcach w Czubowce. Z pewnością nie przyje­chali tutaj bez potrzeby.

Przez całą noc Olga nie zmrużyła oka. Wciąż stała w kuchni przy oknie wychodzącym na Czubowkę, wsłuchiwała się w coś. Raz po raz zdawało się jej, że gdzieś z bliska słychać warkot sil­nika, biegła więc do bokówki, gdzie słodko posapywał Lesik, za­słaniała swym ciałem kołyskę, gotowa rzucić się na każdego, kto zbliży się do dziecka.

Dopiero nad ranem, do cna wyczerpana, położyła się w ubraniu nŕ lóźko i od razu zasnęła. Obudził ją Lesik, zachciało mu się jeść. Olg;i nakarmiła go, przewinęła i poszła do szopy po drzewo.

Pochłonięta pracą nawet nie usłyszała, jak do chaty weszło dwóch Niemców z policajem. Ale już po chwili rzuciła się do iz­by, skąd rozległ się płacz Lesika. Policaj - Olga znała go z wi­dzenia - nie odważył się wejść za nią, stał na progu i głośno, by słyszeli go Niemcy, kazał jej ubrać małego i samej też się ubrać.

- Nigdzie nie pójdę z niemowlakiem! - w rozpaczy krzyczała Olga. - Co mam do roboty w tej Czubowce?

- Pójdziesz, jeszcze jak pójdziesz - wycedził przez zęby po-licaj. - Dość już ukrywałaś się w tym gnieździe os.

To, co zdarzyło się później, do chwili, zanim ją z Lesikiem i innymi ludźmi zapędzono do wieikej stodoły, Olga przypomina. sobie z trudem - wszystkie myśli obracały się wokół Iwana:

gdzie jest, co się z nim dzieje? Niczym przez mgłę, jak gdyby od tych wydarzeń minęły wieki, pamięta drogę do Czubowki, głęboki, powyżej kolan śnieg, pamięt, jak policaj popchnął ją^ by nie wlokła się jak wpół żywa, i ona z Lesikiem przy akompa­niamencie głośnego śmiechu żołdaków rzuciła się w bok i zapa­dła w głęboką zaspę. Dobrze, że było miękko i dziecko nie odczu­ło upadku. Nie rozpłakało się. Za to jej śnieg dostał się do wa­lonek i do rękawic.

Kobiety z dziećmi i starców wepchnięto do stodoły, która stała posępnie pochylona tuż przy gościńcu, w dwustu metrach od Czu­bowki. Ze skąpych urywków rozmów Olga zrozumiała ku swe­mu przerażeniu: wszyscy obecni należą do rodzin partyzantów,

Dach stodoły, niczym sito przepuszczał światło, przez żerdzie, na których gdzieniegdzie pozostały pęczki ściemniałej słomy, ze zwisającego nisko szarego nieba padał śnieg. Boki stodoły osia­dły, przekrzywiły się, ze szpar, niegdyś uszczelnionych mchem, dął wiatr przejmujący do szpiku kości, natrętny, nie ustający ani na chwilę. Nie było już sił bronić się przed dokuczliwym zim­nem, więc kobiety prosiły w duchu o szybkie wybawienie - lep­sza śmierć niż takie męki. Stłoczywszy się w kącie, gdzie leżała kupa starego, przetrzebionego przez myszy siana, starały się choć trochę zasłonić od wiatru swymi ciałami dzieci, utulić je w co cieplejsze, pozdejmowane z siebie rzeczy.

Wkrótce popędzono wszystkich za miasteczko, którym stacjo­nował niemiecki garnizon. Drętwi z zimna, u kresu sił, ludzie ledwo włóczyli nogami. Co prawda drogą iść było już łatwiej, ale i tu śniegu było pod dostatkiem. Na przedzie jechał samochód z Niemcami, pozostawiając po sobie głębokie koleiny. Policjan­ci, których też było niemało, szli z tyłu, pokrzykiwali i popychali kolbami tych, co pozostawali w tyle.

Minęli pole, droga wiodła z początku przez młody sosnowy lasek, ale wkrótce pojawiły się wysokie smukłe sosny. Wiatr tu nieco ścichł, nie dokuczał tak mocno, zrobiło się cieplej.

Podczas marszu nogi rozgrzały się trochę, lecz rąk Olga' pra­wie nie czuła. Najmniej myślała o sobie, o tym, dokąd ich pędzą. Mocniej tuląc do siebie Lesika próbowała odchylić kocyk, aby spojrzeć na jego twarzyczkę. Jednak zdrętwiałe ręce nie słuchały się jej i Olga sinymi wargami bezdźwięcznie błagała synka, by jeszcze trochę wytrzymał. Nie wiedziała co począć, zdawało się jej, że owładnął nią ciężki, męczący sen, jakieś niepojęte zam­roczenie.

Ocknęła się i uniosła głowę dopiero wówczas, gdy na przedzie, jakieś sto metrów przed nią, rozległ się wybuch. Potężna niewi­dzialna siła rzuciła wysoko ku niebu dębowe belki mostku, ciężki samochód z żołnierzami wywrócił się do głębokiego rowu.

Zza krzaków, z lewej strony od drogi, niemal jednocześnie z wybuchem ktoś krzyknął na cały głos: "Baby, padnij!" Olga wreszcie pojęła, co się dzieje i tuląc do siebie Lesika szybko stoczyła się po śniegu ze stromego zbocza.

Niemal w tej samej chwili powietrze przeszyła seria karabinu maszynowego.

Wpierw cieszyła się ze spotkania z Iwanem. Tam, w głębi la­su, gdy minęły przerażające chwile, całowali się bez żenady, płakali, nie kryjąc swych łez. Iwan posadził Olgę do sań, otulił ciepłym kożuchem, na jednej ręce trzymał Lesika, a drugą gła­skał Olgę po policzkach. W zamęcie pośpiechu przycichła trwoga o dziecko, zdawało się, że naj straszniejsze mają już za sobą, że wkrótce będą gdzieś w ciepłym miejscu, i ojciec i matka zatro­szczą się o swoje maleństwo.

. .. Nie pamięta, jak krzyczała dzikim głosem, gdy po czterech godzinach drogi, już w obozie partyzantów, w ziemiance, zrozu­miała, że Lesik nie żyje. Miesiąc później opowiedział jej o tym Iwan.

Z początku, gdy chowali Lesika, choć nieszczęście ogłuszyło Olgę, przytłoczyło, zdawało się, że pogodzi się z losem. Sama wybrała niedaleko obozu miejsce na grób - niewielką okrągłą polankę, porośniętą smukłymi brzózkami; w samym jej środku rosły dwa stare, ogromne dęby. Wszystko dookoła pokrywała gruba warstwa śniegu, lecz nietrudno było sobie wyobrazić, jak cicho tu i zielono będzie na wiosnę.

Lesika złożono nie do trumny, lecz do małego drewnianego ko­rytka, a z wierzchu przybito kawałek sklejki. Już wtedy Iwan zauważył, że Olga patrzy jakoś dziwnie, obojętnie, ani jednej łzy nie uroniła, jakby to nie jej synka chowano, lecz obce, nie znane jej dziecko.

Później Olga zaniemogła. Szklanymi oczami patrzyła gdzieś w dal, nie jadła, nie rozmawiała, nie poznawała prawie nikogo. Obo­zowy felczer, starszy brodaty człowiek, bezradnie rozkładał ręce i nie mógł niczym pomóc. Olga schudła, twarz miała żółtą. Iwan dnie i noce spędzał przy żonie. Dowódca oddziału, litując się nad Olgą, nie dawał mu żadnych zadań.

Rok później, o tej samej porze, znanymi i nieznanymi ścieżka­mi szła Olga do domu.

Z trudem rozstała się z Iwanem. Ostatniego wieczoru snuł pla­ny o tym, jak będą żyli, gdy wreszcie dobiją plugawego wroga.

Jeszcze teraz, choć odrzucony daleko, próbuje kąsać, morduje, pali, grabi. Dlatego Iwan nie może, nie ma prawa opuścić party­zantów. Ale ona, Olga, niech idzie do domu, w rodzinne, uwol­nione od faszystowskiego ścierwa strony, niech zatroszczy się o' chatę, jeśli ta ocalała, może coś zasadzi jeszcze, zanim on wróci. Życie przecież toczy się dalej. A ona już ma dosyć, koniec z wo­jowaniem, dość się nacierpiała. I tak przez cały rok razem patrzy­li śmierci w oczy, razem wykonywali zadania, razem, szczuci przez psy, chowali się po bagnach. Różnie bywało. Lecz dzięki Bogu, ocaleli.

Na wszelki wypadek Iwan radził iść tylko uczęszczanymi dro­gami, nie nocować gdzie popadło, kto wie: nie daj Boże napotka niedobitego szkopa, byłego policjanta, czy też stado zgłodniałych wilków, których namnożyło się w czasie wojny mrowie,

Pod wieczór, gdy się ściemniło, gdy gęste, ciepłe już powietrze znów w nocy skuło mrozem, jak to się w tych stronach często zdarza pod koniec marca, Olga zbliżała się do swego chutoru. Świerki i sosny wzdłuż drogi w ciągu dnia napęczniały wilgocią, stały w milczeniu, zadumane, nawet strach ogarniał od tej ciszy.

Ze stodoły, do której niegdyś zapędzili ją z Lesikiem Niemcy, zostały tylko zgliszcza, Olga przeszła jeszcze kawałek, i omal nie zemdlała; nogi, które i tak ciążyły od trzydniowego marszu, ugięły się pod nią, i jedynie najwyższym wysiłkiem woli zmu­siła się, by nie upaść na drogę.

Choć było ciemno, zobaczyła to najgorsze - Czubowki już nie ma. Tylko kominy - szkielety na wpół zburzonych pieców. Nie poznając człowieka, wrzasnął gdzieś zdziczały kot. A ludzie, co faszyści zrobili z ludźmi? Czyżby nikt nie pozostał przy życiu?

Oldze brakowało tchu, męczyły ją duszności. Machinalnie schyliła się, wzięła garść śniegu, przyłożyła do twarzy, położyła na serce mokrą, zmarzniętą rękę. Poczuła się trochę lepiej. Ale iść już nie mogła. Ściągnęła z pleców torbę, do której włożyli z Iwanem cały ich dobytek - pół bochenka chleba, kilka gotowa­nych ziemniaków, dwa kawałki mydła, trochę soli w woreczku, pudełko zapałek i jeszcze parę drobiazgów, po czym usiadła wprost na torbie, która choć nie była ciężka, w czasie drogi ob­tarła jej plecy.

Dokąd pójdzie teraz? Jeśli spalono doszczętnie taką wieś. jak Czubowka, gdzie była i szkoła siedmioletnia, i Rada Wiejska, w której brała ślub z Iwanem, i sklep, to pewnie po ich chutorze nie pozostał nawet ślad.

Z wysiłkiem wstała - ciało miała jak z ołowiu - z trudem za­rzuciła torbę na plecy. Przez Czubowkę, a raczej przez to, co z niej zostało, nie chciała przechodzić, więc skręciła zdecydowanie w bok i poszła po śniegu - porowatym, lecz jeszcze głębokim. •Było już całkiem ciemno, ale Olga nie obawiając się, że za­błądzi, poszła na przełaj przez pole. Do swojej chaty mogłaby dojść z zawiązanymi oczami. Każdy pagórek, każdy wądół, każdy głaz najmniejszy nawet krzaczek, choć teraz rozpły­wał się w ciemności i zatracał kształty, rozpoznawała z da­leka.

 Nagle poczuła dym; serce zamarło z nadzieją: czyżby ominę­ło ich nieszczęście, czyżby miała przestąpić drogi sercu próg?

Oto dostrzec już można chutor Tomasza. Nad kominem unosi się, widoczny nawet w ciemności, białawy dymek. To pewnie Ado-Aa szykuje kolację dla swego beznogiego męża, jak zwykle jego ulubione -kluski. A oto i jej, Olgi chata! Lecz cóż to? Dlaczego z kuchni sączy się w ciemność słabiutkie, ledwo widoczne świa­tło? Kto mógłby u nich mieszkać?

Pomyślała, że lepiej będzie najpierw zajrzeć do Adoli, Chcia­ła czym prędzej dowiedzieć się wszystkiego o Czubowce, o tym, kto zamieszkał w jej chacie. I przy okazji poznać inne nowiny.

Adola krzątała się w kuchni obok wyszczerbionej kadzi. Po­chyliwszy się, myła i wkładała do kociołka drobne niczym orzechy ziemniaki. Na Olgę, gdy ta przestąpiła próg, nawet nie spojrza­ła. Olga chciała powiedzieć coś na przywitanie, lecz Adola, nie unosząc głowy, burknęła pod nosem:

- Diabeł cię gdzieś cały wieczór nosi! A drzewa na jutro nie przyniosłeś. Wszystko muszę robić sama. . .

Olga kaszlnęła i Adola gwałtownie uniosła głowę. Zanim Olga wyrzekła słowo, już krzyczała:

- Oleńko! To ty żyjesz?! A ja myślałam, że to mój nicpoń... Jeszcze było widno, jak poszedł do Gorasza po zapałki i wciąż nie wraca. Ile czasu można tam sterczeć? - Uradowana i zasko­czona uściskała Olgę, mokrą od łez twarz przytuliła do jej po­liczka. - A ja już straciłam nadzieję, że się zobaczymy. . . Wie­działam, co prawda, że wtedy przy mostku was uratowali party­zanci. Ale ile wody od tamtej pory upłynęło!

Usiadły na ławce i płakały razem. Olga opowiadała o sobie, o Lesiku i o tym, co przydarzyło się później. Adola ocierała łzy fartuchem.

- W Czubowce. . . Jakże to tak. . . Wszyscy zginęli? - zapyta­ła wreszcie Olga.

Adola zamarła w bezruchu, twarz jej strasznie zbladła, a ręce na kolanach zadrżały.

- Mówże, nie zwlekaj! - krzyknęła Olga, nie poznając własne­go głosu.

- Chyba widziałaś, szłaś przecież obok. . . Stało się to nieda­wno. . . Ze dwa miesiące temu. . . Zlecieli się, ubrani na czarno, niczym wrony. . . Wciąż wypytywali, kto sprzątnął starostę. A kto mógł wiedzieć? Żył jak pies i zdechł jak pies. . . - Adola milcza­ła przez chwilę. - Spędzili wszystkich do stodoły i podłożyli ogień. Żywcem spalili i dzieci, i starców. Zemścili się za wszy­stko : za to, że pomagali partyzantom, że wilkiem patrzyli  na nowe władze, i że prawie wszyscy mężczyźni i chłopcy są albo' w wojsku, albo w lesie.

Olga siedziała jak skamieniała, jej niewidzące oczy wyrażały tyle cierpienia, że Adola przestraszyła się. Wstała z ławki, plasnęła w ręce.

- Że też nie przywitałam cię po ludzku, nawet nie poprosi­łam, byś się rozebrała. Rozbierz się, Olu, dzięki Bogu, u mnie jest ciepło! Zaraz wróci Tomasz, zjemy razem kolację. Kluski są w piecu, prawie gotowe.

- Muszę już iść - ocknęła się Olga, a Adola zrozumiała z jej głosu, że pragnie się dowiedzieć, kto mieszka w jej chacie. Jakby usprawiedliwiając się, Adola zaszlochała.

- Mieszka tam żona policjanta... z dzieckiem. Są skądś z da­leka. Uciekli razem z Niemcami. Mówiłam im, że na pewno przy­jedziecie, wrócicie. Ten policaj mnie omal nie zastrzelił, gdy o tym napomknęłam. Wciąż biegał, wymachiwał pistoletem, groził. A sam ze strachu się trzęsie - pora wiać, nasi nacierają, wytchnie­nia nie dają gadom. A tu jeszcze jego żona. Lada dzień urodzi i w dodatku choroba ją jakaś napadła. Więc ją porzucił samą, z chłopczykiem.

Olgę jakby kto prądem poraził.

- W mojej chacie? Żona policaja?

Nieprzytomna chwyciła torbę i wyskoczyła z chaty. Nie czuła ani zmęczenia, ani bólu w nogach. Stąpała ciężko, lecz zdecydo­wanie, zapadając się chwilami po kolana w śnieg - byle prędzej do swojej zagrody. Owładnęła nią tylko jedna myśl, jedno pra­gnienie: czym prędzej znaleźć się w swojej chacie, wyrzucić do diabła nieproszoną lokatorkę, wszystkie jej manatki, żeby śladu po niej nie zostało. Niech idzie, skąd przyszła, niech szuka swe­go bydlaka! Może go jeszcze dogoni. . . Patrzcie no, znalazła so­bie zaciszne miejsce! Na gotowe przyszła! Dość tego, nagospo-darowali się. . .

Sień była zaryglowana, więc Olga zaczęła gwałtownie walić w drzwi, wkładając w to całe swoje siły, które wzięły się nie wia­domo skąd. Po chwili z kuchni doleciało znajome poskrzypywa-nie podłogi i słaby, zatrwożony kobiecy głos zapytał:

- Kto tam?

- Otwieraj! - Olga znów, tym razem nogą walnęła w drzwi, aż szyby zadzwoniły.

Za drzwiami przycichło. Ale już w chwilę później rozległy się pospieszne kroki, szuranie nogami, i ten sam niespokojny głos od­powiedział:

- Zaraz, zaraz. O Boże!

Za drzwiami w ciemności ktoś po omacku szukał rygla. "Co, nie możesz znaleźć? - ze złością pomyślała Olga. - Ale do cu­dzej chaty drogę znalazłaś?"

Wreszcie rygiel zazgrzytał. Olga odczekała chwilę, potem ot­warła drzwi na oścież i niemal jednocześnie z kobietą wpadła do kuchni. Najpierw zauważyła palącą się na stole lampę z przykrę­conym knotem. W słabym świetle dojrzała bladą jak kreda twarz niewysokiej młodej kobiety o zastygłym wzroku. Kobieta stała oparta o ścianę, jak gdyby broniąc się przed kimś, wyciągnęła przed sobą ręce, za którymi widać było duży brzuch. . . Jej spód­nicy kurczowo trzymał się jasnowłosy chłopczyk w wieku lat pię­ciu czy może sześciu. Chłopczyk stał boso na podłodze i pochli­pywał.

Olga w milczeniu położyła torbę na stołek, powiesiła na gwo­ździu przy wejściu kożuszek, zajrzała do pokoju,  jak gdyby chciała sprawdzić, czy wszystko, co pozostawiła w chacie przed rokiem, leży na swoim miejscu. W ciemności nic nie było widać. Poczuła chłód ciągnący z sieni, poszła zamknąć drzwi. Trzeba by­ło coś powiedzieć, krzyknąć w twarz obcej kobiecie słowa, które raniły duszę, kazały boleśnie, tak by chrzęściły palce, zaciskać pięści. Lecz dziwna rzecz, owe okrutne, sprawiedliwe słowa za­marły czemuś jej na wargach. Znów popatrzyła na znieruchomia­łą kobietę o bladej twarzy, na której widniał teraz grymas bólu, na jasnowłosego chłopczyka, i nagle poczuła, że tak jeszcze na­pięta niedawno w jej duszy struna zerwała się. I może bardziej dla pozoru, żeby się samej nie rozkleić, nie milczeć, Olga nach­murzyła się i wycedziła przez zęby:

- No, więc co teraz będzie?

- Zaraz, zaraz. .. gdzieś sobie pójdziemy - w pośpiechu wy­mamrotała kobieta i zaczęła się miotać po pokoju.

Chwytała i rzucała na środek pokoju ubranie - swoje i dziecka - wszystko, co tylko wpadło jej do ręki. Wyciągnęła skądś pstrą samodziałową narzutę, pochyliła się, by związać rzeczy w to­bół, lecz nagle wydała słaby okrzyk i osunęła się na podłogę.

Olga przestraszyła się nie na żarty. Wygląd młodej kobiety, jej do krwi zagryzione wargi, usta z trudem łapiące oddech, to, jak kurczowo podtrzymywała brzuch - wszystko świadczyło o tym, lżę 'kobieta źle się czuje, że poród, jeśli już się nie zaczął, rozpocznie się lada chwila, W takiej sytuacji nie wolno stać bez­czynnie. Bądź co bądź, jest to żywy człowiek, kobieta, może w tej chwili czuje się tak źle jak nigdy dotąd, zginie bez pomocy. Tymczasem chłopiec zaczął krzyczeć, rzucił się do matki. Rozma­zywał piąstką łzy po twarzy i krzyczał:

- Mamusiu. . . wstań! Wstań, mamusiu!. . .

Olga wzięła go za rękę, pogłaskała dłonią miękkie jasne wło­sy, i poczuła, jak coś ściska ją w gardle. Cóż to się dzieje na tym świecie?

Posadziła chłopca w kącie na ławce, kazała nie ruszać się z miejsca i nie beczeć, zwiększyła płomień w lampie i nachyliła się nad młodą kobietą. Ta czuła się wyraźnie coraz gorzej. Olga podłożyła jej pod głowę starą marynarkę, zdecydowała nie tracić ani chwili i biec po Adolę. We dwójkę może pomogą, ulżą cier­pieniom rodzącej. Zwłaszcza że - Olga wiedziała o tym - Adola nie była nowicjuszką w babskich sprawach.

Na szczęście Adola jeszcze nie spała, jadła kolację z Toma­szem. Widząc w progu sąsiadkę bez kożucha i nawet bez chusty na głowie, zapytała z niepokojem w głosie:

- Co się stało?

- Ta. . . lokatorka. . . źle z nią.

- Przecież to jeszcze nie pora - domyśliła się Adola. Wyjęła z pieca sagan z gorącą wodą - dobrze, że nie ostygł od rana -nalała wody do dużego glinianego dzbana, wyciągnęła z kufra czysty ręcznik. Szybko ubrała się i razem z Olgą wyszła na dwór.

O północy, całkowicie wyczerpane, zrozumiały: młodej kobie­ty nie da się uratować. Krwawienie po porodzie nie ustawało., Adola jeszcze dwa razy biegała do swojej chaty, zagrzewała w tlącym się piecu wodę - u Olgi tego dnia nie rozpalano pieca — parzyła zioła.

Olga zaopiekowała się niemowlakiem, też chłopcem - od razu było widać, że to wcześniak - i jak potrafiła, pomagała Adoli. Przy pierwszej okazji wyskoczyła do szopy po drwa, szukała w ciemności, ale nie znalazła ani polana i z niczym wróciła do zim­nej chaty. Tymczasem starszy chłopiec płakał bez przerwy i mi­mo namowy Olgi za żadne skarby nie chciał iść spać na przyszy­kowanym posłaniu.

Kobieta broczyła krwią. Majaczyła bez przerwy, wciąż chciała gdzieś uciekać.

Nad ranem, gdy Adola zamknęła za sobą skrzypiące drzwi i zmordowana powlokła się do domu po naftę, bo lampa już ledwo się tliła, młoda kobieta odzyskała przytomność. Zapadłymi głę­boko oczami, w których błyszczały łzy, dała znak Oldze, a gdy ta nachyliła się nad nią, cichym, pełnym skruchy głosem powie­działa, że chce zobaczyć dziecko. Gdy dowiedziała się, że to chło­piec, gdy zobaczyła, że żyje i jest zdrów, rozpłakała się nagle, zaczęła bić głową o podłogę. Znów tracąc przytomność, z trudem poruszając suchymi, spierzchniętymi wargami, znalazła w sobie siły, by zapytać:

- Czy to wina dzieci? Chyba nie będą mścić się na dzieciach?

. . . Olga wstała z łóżka, po omacku odszukała na szafie zapał­ki i zapaliwszy jedną spojrzała na zegar, głośno tykający na ścia­nie. Było przed czwartą. Podeszła do kołyski, nasłuchiwała. Dzie­cko spało, oddychało równo, spokojnie.

Jeszcze wczoraj wieczorem myślała: to już koniec, nie wyżyje, zostały mu nie dnie, ale godziny. Nie wiadomo dlaczego ciałko małego zsiniało, drobniutka, wielkości pięści buzia, która i przed­tem była pomarszczona niczym pieczone jabłko, stała się jeszcze mniejsza, zdawało się, że dziecko nie daje żadnych oznak życia. Coś drgnęło w Oldze, jakaś nić pękła w środku duszy. Protesto­wał jakby odwieczny instynkt kobiecy: dlaczego nic nie robisz? Masz przed sobą dziecko, bezradne, bezbronne. Kto, jeśli nie ty, zatroszczy się o nie?

Olga przeżuła miękisz chleba, zawinęła go w kawałek czystej gazy, umoczyła w słodzonej wodzie i ostrożnie wsunęła smoczek własnej roboty do ust dziecka. Lecz dziecko nie ssało. Olga się zatraciła. Posiedziała parę minut, a później znów poszła do Ado­li, nuż coś poradzi.

Adola też nie wiedziała, co począć. Dawniej, przed wojną, wszystko było proste - wiozło się do szpitala, do Czubowki. Te­raz nie ma ani szpitala, ani Czubowki.

Po namyśle Adola poradziła wykąpać dziecko w ciepłej wodzie, a ona przez ten czas zaparzy zioła, którymi spróbuje napoić dzie­cko.

Wieczorem Olga dobrze napaliła w piecu, przyszykowała czyste prześcieradło, nagrzała kocyk. Adola cedziła zioła.

Kiedy zrobiły wszystko, co postanowiły, i Adola poszła do do­mu, Olga ku swojej radości zauważyła, że dziecko poróżowiało, w czasie snu kilkakrotnie cmoknęło, jakby prosząc o pokarm. Olga znów włożyła małemu do ust podsłodzony miękisz w gazie, a sama poszła do kuchni, rozcieńczyła mleko gotowaną wodą.

Tym razem niemowlę też nie ssało chleba, ale nad ranem -czyżby pomogły zioła? - wypiło prawie pół szklanki mleka. Poi­ła je z łyżeczki, bo smoczka nie miała.

Spać się już nie kładła. Wyszła na dwór.

Niskie ciężkie chmury gęsto pokrywały niebo, mżył deszcz ze śniegiem. I tylko na wschodzie, za chutorem Gorasza, mroczne, ołowiane niebo przecinał wąski, szerokości palca, jasny promyk, jakby ktoś przykleił tam pasek białego papieru. Ten skrawek nie­ba dawał nadzieję, że może się rozpogodzi, może wyjrzy słonecz­ko, i nastanie wreszcie wiosna, bo nie sposób już dłużej czekać na ciepłą pogodę.

W wiośnie i ciepłej pogodzie Olga pokładała szczególne na­dzieje. Przede wszystkim czekała na spotkanie z Iwanem.

Jakże go teraz tu, w domu, brakuje! Brakuje jego serdeczno­ści, spokojnego rozsądku. Brakuje męskiej ręki - gospodarstwo w ruinie, nie wiadomo od czego zaczynać, do czego się zabrać.

Olga postała przez chwilę na dworze i wróciła do chaty. Lam­py nie zapalała. Po omacku znalazła zardzewiałą, wyszczerbioną siekierę, nałupała suchych szczap, rozpaliła w pięciu. Trzeba coś ugotować, zjeść, przecież ledwo nogami włóczy. Starszego chłop­ca Tomasz zawiózł wczoraj do ośrodka rejonowego, załatwił mu dom dziecka.

Olga starała się odpędzić od siebie złe myśli, niejasne przeczu­cia. Nadaremnie. Cały dzień jak we śnie chodziła po chacie, a wieczorem postanowiła pójść do Gorasza, poprosić o mleko dla dziecka.

Zapadał mrok. Słońce już zaszło i nad lasem jaśniała dziwna, czerwona łuna, jakby niebo krwawiło. Czyżby znowu jakaś wieś się paliła? Dlaczego miałaby się teraz palić? A gdyby, to czuć byłoby dym. Olga długo wytężała wzrok, nawet zaćmiło się jej w oczach, ale nie zauważyła niczego, co by wskazywało na pożar.

Droga, którą szła, podeschła już nieco, iść było wygodniej, no­gi już się nie ślizgały. Minęła urwisko, za którym na leśnej po­lanie, ukryty przed słońcem, leżał jeszcze nie do końca roztopio­ny ściemniały śnieg, weszła na pagórek, ogarnęła wzrokiem zna­jomą, ciemną teraz drogę i zdrętwiała. Obok płotu, tuż przy wro­tach, stał zaprzęgnięty w bryczkę koń, tak chudy, że z daleka wi­dać było jego pokryte ciemnorudą sierścią żebra. "Kto to może być?» - Olga co sił pobiegła ku swojej zagrodzie. - Czyżby?!"

Z chaty wyszedł człowiek w mundurze, ze zmęczoną twarzą, zgarbiony. Olga zdrętwiała, nogi się pod nią ugięły. Wojskowy miał na sobie nowy płaszcz, na każdym ze szlifów złociła się gwiazdka. "Major - mimochodem odnotowała Olga. - Ma pusty rękaw zatknięty za pas. Skąd się tu wziął, czyżby z frontu? Ale ten koń, bryczka...”

Kiedy podeszła bliżej, major powiedział: - Jestem z Wojskowej Komendy Rejonowej. Czy pani nazywa się Łagacka?

- Tak, to ja. A o co chodzi? — Olga znów poczuła, jak z bó­lem zakołatało w piersi serce, jak skrada się, mrozi duszę złe przeczucie.

Po chwili, już w chacie, pustymi, nic nie widzącymi oczami, w których nie było ani jednej łzy, wpatrywała się w świstek papieru, który major wyciągnął z mapnika.

- Nie mam pani czym pocieszyć, podobnie jak innych - do­biegł ją głuchy głos. - Gdyby pani czegoś potrzebowała, proszę się zwrócić do naszej komendy. — Starając się nie stukać obcasa­mi o podłogę major wyszedł z chaty. A ona stała dalej skamie­niała, i patrzyła przez okno, jak odwiązuje konia, poprawia coś w bryczce, siada i ostro pociąga lejce.

W miesiąc później, kiedy nastała prawdziwa wiosna, a Olga odzyskała trochę równowagi zdecydowała się pójść do Sadków. Na rękach niosła chłopczyka, zawiniętego we flanelowy kocyk. Malucha, jak go nazywała. Żadne imię nie przychodziło jej na razie do głowy.

Rada Wiejska mieściła się w połowie czyjejś chaty i na szczę­ście urzędowała.

Przewodniczący, młodo wyglądający człowiek w bluzie wojsko­wej i wojskowych spodniach, posadził Olgę na krześle przy stole, pogrzebał w swoich papierach, potem odsunął je na bok i zapytał:

- W jakiej sprawie?

- No więc. .. - Olga spojrzała na niego. - Chłopca muszę za­rejestrować. Syna... Wciąż nie miałam czasu. . .

- Zrobi się - ucieszył się przewodniczący. - Nic prostszego. A ja już myślałem, że znów z jakąś prośbą. Codziennie ludzie przychodzą i proszą, proszą. A czym mogę im pomóc? Niczego nic mam - nasion, mąki, gwoździ - niczego. - Zmęczony opadł na oparcie krzesła, położył ręce na stole, i wówczas dopiero Olga dostrzegła, że na prawej ręce zamiast palców ma same kikuty! "Jakże on pisze?" - przeraziła się.

Jednak przewodniczący sprawnie, bez trudu chwycił drewnianą obsadkę ze stalówką i umoczył ją w kałamarzu.

- Jakie nazwisko? - zapytał lekko ochrypniętym głosem.

- Łagacka.

- Ależ nie, pytam o nazwisko chłopca, jak się nazywa? Łagaeki? No więc tak zapiszemy - Łagacki. A imię?

- Nie wiem jeszcze. Nie przyszło mi do głowy. Może. . .

- Tu nie ma co mędrkować. Mnie na przykład podoba się imię Dyritr. Dobre imię. Podoba się?

- Bardzo dobre — zgodziła się Olga. — Niech będzie Dymitr, Dłěa. Pasuje.

- No, a imię ojca?

Olga, zanim przewodniczący się opamiętał, szybko wypaliła:

- Iwan.

Gdy wyszła na ulicę, westchnęła z ulgą, jakby zrzuciła z siebie wielki ciężar i mocno przytuliła do piersi syna. Teraz to już jej syn.

Po pewnym czasie z pomocą Wojskowej Komendy Rejonowej, czyli tego samego majora, Olga opuściła swój chutor. Ze łzami żegnała się z Adolą i Tomaszem, by przeprowadzić się do innej, dalekiej wsi, gdzie nie znała nikogo i gdzie nikt jej nie znał.

Przełożył Jan Kazem-Bek




 
ďî÷ňŕ